Od nie dawna zaczęłam wałczyć z własnym lękiem ,tak strasznie i
panicznie boje się śmierci. Wiem, że to nie uniknione ale strach nie pozwala mi
czasami zasnąć. Mając znajomego lekarza który jest onkologiem, nie mało
czasu z nim rozmawiałam na ten temat.
On chcąc mi pokazać co to śmierć
zaprosił mnie do hospicjum „Dom Sue Ryder”. Co było dla mnie straszne
to, widok zmęczonych ludzi, cierpiących, walczących w wielu od 36lat do 60
lat .Zmrożona tym widokiem wyszłam po paru minutach nie wiedząc co zrobić,
na korytarzu stała pielęgniarka, widocznie moja bladość, łzy w oczach
zaniepokoiły ją. Zapytała co się stało? powiedziałam to straszne, ona
się jednak uśmiechnęła i odpowiedziała „to piękne bo, to nadal
życie”.
Zawołała dziewczynę o imieniu Marzena która jest wolontariuszka w tym
hospicjum. Kobiet w wielu 40lat,pełna życia, werwy, rozmawiałam z nią
długo. Opowiadała, ze spełnia się w tym by pomagać, a każdy uśmiech jej
podopiecznego to jej szczecie. Czasem zabiera na spacer, czasem karmi. Ale dla
tych ludzi ważne by być, bez względu czy mają siłę na rozmowę,
wystarczy sam fakt ,że się koło nich posiedzi. I to dla mnie piękne, bo coraz
rzadziej znajdują się ludzie którzy cokolwiek robią bez interesownie.
Cóż ważne, że są tacy jak Marzena, która mi uświadomiła ,że śmierć to
nie koniec.
Zawsze twierdziłam ,że śmierć to ból, cierpienie i chyba
tego tak naprawdę się bałam. Dziś widząc ludzi w hospicjum uśmiecham się
do nich, tylko tyle mogę zrobić, być uśmiechniętą dla nich i dla siebie
samej. Czy pokonałam swoja fobie chyba nie ,ale zrozumiałam ,że
umierając nie musze być sama. Wszystkim wolontariuszom których poznałam wałcząc
sama ze sobą. Dziękuje ,ze jesteście ,że macie te cholerną siłę by nie
płakać jak ja. Szacunek dla Was, za okazana życzliwość dla chorych ,dla
mnie jesteście jak ciche anioły.